RSS
piątek, 27 kwietnia 2007
Szaleństwo czwartkowej nocy

Kontynuując morał poprzedniego wpisu - w Paryżu naprawdę wszyscy mają wszystko w dupie. Zupełnie jak słynny motylek . :)
Wczorajsza noc jest tego idealnym przykładem.

Chciałyśmy sobie pojechać do starego dobrego Queen, wyszaleć się i wytańczyć. Taki był cel. Na drodze stanęły nam tylko dwa małe problemy: jak to zrobić bez kasy i żeby móc jakoś wrócić do domu w środku nocy, gdy metro juz nie działa. Prosta sprawa.

Do Queen wejście kosztuje 15 ojro. Jednak w takim jednym, nocnym sklepie z ciuchami koło Bastille leży na ladzie mnóstwo zaproszeń do różnych klubów. Zostałam więc wysłana na zwiady i zgarnęłam kilka wejściówek dla nas. Dzięki temu między 23.30 a 00.30 miałyśmy wejście za friko. A co z transportem? Dziewczyny wpadły na genialny pomysł, żeby pojechać tam na rowerach. Od znajomego Araba pożyczyłyśmy pojazd dla mnie, kupiłyśmy wino i po obaleniu dwóch butelek pojechałyśmy na tych rowerkach do pubu na Oberkampfie, gdzie miałyśmy spotkać się ze znajomymi.

To nic, że byłyśmy wstawione, godzina była 22.30 a dwa rowery nie miały świateł. Policja w ogóle na nas nie reagowała. Paryż na rowerze nocą jest fantastyczny. Wszędzie jest blisko, jako cyklista jesteś królem ulicy i szybciej docierasz na miejsce niż taksówki. Dlaczego? Bo nie obchodzą Cię światła, chodniki, drogi jednokierunkowe i generalnie (jak paryżanie) masz wszystko w dupie! :)

Po północy sześcioosobową ekipą rowerową, po kolejnych piwach i tequilach bum bum ruszyliśmy w stronę Champs-Elysees. Zamysł był taki, żeby dojechać na miejsce w około 15 minut, więc postanowiliśmy się nie zatrzymywać i wykorzystać wszystkie skróty. Mijaliśmy radiowozy na czerwonych światłach, ja robiłam zdjęcia w trakcie prowadzenia, śmialiśmy się i zanim się obejrzeliśmy, byliśmy pod Queen. Jedną minutę przed zamknięciem darmowego wejścia dla posiadaczy ulotek. 

 

queen dancer

 

Na miejscu jak zwykle zabawa na całego. Zatrzęsienie słodkich gejów, latające nad parkietem ogromne piłki z konfetti, wyrzucane w publiczność przez tancerzy gadżety, tańce erotyczne, "Follow me and let's go!" itp.

Do domu wracaliśmy jeszcze bardziej nastukani. Na środku Champs-Elysees zatrzymali się przy nas jacyś kolesie w samochodzie.

- Nie za późno na rower?

- A nie za późno na samochód?

- Masz rację.. - wysiadł, wyrzucił kluczyki w powietrze i gotowy na przejażdżkę na moim bagażniku podszedł do roweru. Jakoś go w końcu spławiłyśmy, ale cała scena wyglądała ślicznie. Na środku najpiękniejszej ulicy Paryża stoją rowerzyści, samochód a taksówki, jakby to było coś normalnego, po prostu nas mijają.

Z policjantami zjadłyśmy jeszcze crepy w nocnej naleśnikarni na Chatelecie. Rowerowy clubbing w Paryżu ma mnóstwo uroku..

 

13:57, segritta
Link Komentarze (31) »
Powrót do Paryża c.d.

Dziś Paryż jest zdecydowanie piękniejszy. Chodzę rozmarzona po mieście i podziwiam wszystko, co mnie otacza. Znajome ulice, nauczone na pamięć trasy metra, rozpoznający mnie kelnerzy w knajpkach...

Nie przeczę, że w dobry nastrój wprowadziły mnie też zakupy. Nie planowałam wydawania pieniędzy, ale mój chrzestny wpadł akurat do Paryża i spotkaliśmy się a potem dostałam parę ojro na taksówkę. Czy jednak jest sens wydawania kasy na taksówkę, kiedy na ulicach są takie straszne korki? Po kilku minutach stania między trąbiącymi samochodami kazałam kierowcy się zatrzymać i pojechałam do domu metrem a oszczędzone pieniądze postanowiłam spożytkować na poprawienie sobie humoru. Jednak coś w tym jest, że nowy ciuch wspomaga kobietę w stworzeniu sobie banana na twarzy. ;)

No, ale nie o tym chciałam napisać. Zaintrygowała mnie jedna rzecz. Otóż odkąd tu przyjechałam, zauważyłam, jak bardzo na człowieka wpływa zmiana miejsca zamieszkania - zwłaszcza na takie znajome z przeszłości. Od razu zmienia się sposób postrzegania świata i siebie, a to wszystko następuje płynnie, naturalnie, prawie nieświadomie.

1.  W Warszawie nigdy nie przechodzę na czerwonym świetle. Tutaj tych czerwonych świateł nie zauważam. Patrzę tylko na samochody i przechodzę, gdy mam ku temu okazję. A policjanci patrzą się na mnie i mają zupełnie w dupie, jakie akurat jest światło.

2. W Warszawie zastanawiam się poł godziny rano, co na siebie włożyć. I zawsze ostatecznie zakładam coś normalnego, prostego i wygodnego. Nie mam po prostu odwagi eksperymentować z ciuchami. W Paryżu nie obchodzi mnie, co ktoś sobie pomyśli o moim stroju (może dlatego, że ludzie mają tu w dupie, co mają na sobie inni). Eksperymentuję, chodzę w kolorowych ciuchach, wygłupiam się, zakładam odważne kreacje. 

3. W Warszawie śmiało patrzę ludziom w oczy i uśmiecham się. Tutaj, gdybym tak robiła, ciągnęlabym za sobą łańcuszek adoratorów. Nie pomagałoby spławianie ich. Oni po prostu mają w dupie to, czy chcesz się z nimi umówić i dręczą Cię do skutku.

Reasumując, w Paryżu generalnie ludzie dysponują pojemnymi dupami i mają w nich wszystko. To ma swoje plusy i minusy. Dziś wieczorem w Queen postaram się skupić na tych pierwszych. :)

13:18, segritta
Link Komentarze (3) »
Powrót do Paryża

Przenoszę dwie notki (ta i następna) z blogu na rurzowo. Jakoś nie pomyślałam i wpisałam je początkowo nie tam, gdzie trzeba...

 

Są takie chwile w życiu każdej kobiety, gdy ma ochotę podzielić się swoim smutkiem lub radością z kims bliskim. I tak się zwykle składa, że pragnie się, by tą osobą był jakiś mężczyzna. Najlepiej partner.

Przylatuję do Paryża, wysiadam na Roissy, targam walizkę po tych wszystkich durnych konstrukcjach lotniskowych, które są doskonałym przykładem przerostu formy nad treścią i bez powodzenia szukam jakiegoś połączenia z RERem (pociagiem, który za 8 ojro ma mnie zawieźć do centrum miasta). Ciemno, pusto, brudno i wraca to typowo paryskie poczucie braku bezpieczeństwa, które pamietam z początku pobytu tu ponad pół roku temu. Nie działają żadne schody ruchome, bo przecież połnoc jest, więc po co sie meczyć dla kilkunastu pasażerów z ostatniego przylotu. Nie ma żadnych strzałek z informacją, gdzie mam iść. Wielkie, chłodne przestrzenie, cisza, beton i puste pociągi relacji lotnisko - stacja kolejowa. I jeszcze uszy mnie strasznie bolą po lądowaniu. Dlaczego jestem jedyną osobą w samolocie, która przy każdym lądowaniu zwija się z bólu? Żadne ziewanie i przełykanie nie pomaga... W takich chwilach żałuję, że nie mam swojego mężczyzny, do którego mogłabym zadzwonić...

W końcu jakoś docieram do RERa. Wsiadam do pociągu z grupką paryskiej odmiany dresów. Palą jakieś świństwo w moim przedziale i zaczepiają tradycyjnym "Vous etes tres belle, mademoiselle". Usmiecham się do nich i dziękuję. Zamieniamy parę zdań. Po chwili do pociągu wsiada kolejna grupka dresów. Oni już nie są tak sympatyczni. Podchodzą do mnie i zaczynają brutalnie zaczepiać. W tym momencie z siedzeń wstaje pierwsza grupka i podchodzi do drugiej. Mają przewagę liczebną, więc po kilku ostrych słowach druga grupka ze zwieszonymi nosami wysiada z pociagu.
- Przepraszamy za nich.
- Nie ma za co i dziękuję za ratunek. - uśmiecham się w podziękowaniu.
- Pomóc takiej panience to sama przyjemność. Nie olała nas panienka i pogadała jak człowiek. Takiej kultury będziemy zawsze bronić przed hołotą.

Dojechałam na miejsce. Stary, dobry akademik. Moje kochane dziewczyny, które czekają na mnie z winkiem i kupą czasu na gadanie, mimo że z samego rana muszą wstac do pracy. Wysłuchują historii, pocieszają anegdotami z ostatnich miesięcy. Śmiejemy się tak głośno, że budzimy chyba pół budynku. Wino, muzyka i plany na najbliższy tydzień.

 

Właściwie to niepotrzebny mi żaden mężczyzna. Już nie muszę o nikogo dzwonić, żeby poczuć się lepiej. Zamierzam wycisnąć z tego miasta wszystko, co się da w tym tygodniu.
13:17, segritta
Link Komentarze (1) »
piątek, 09 lutego 2007
Gwoli jasności

Niezorientowanym przypominam, że:

1. Na tym blogu pojawi się jeszcze jedna notka, ale to dopiero w przyszłym tygodniu.

2. Zdecydowanie więcej dzieje się teraz na moim pierwszym, rurzowym blogu ...

3. Choć i tam kolejna notka pojawi się dopiero jakoś w przyszłym tygodniu.

4. Wyjasnienie tego stanu rzeczy znajdziecie na wcześniej wspomnianym, rurzowym blogu. W notce o solipsystach.

5. Nie, ten blog nie zostanie skasowany.

6. Powtórzenia nazwy "rurzowy blog " początkowo były niezamierzone, ale teraz tak sobie myślę, że to dobra reklama rurzowego bloga , żeby wymieniać nazwę "rurzowy blog " i zachęcić Was do obejrzenia tego rurzowego bloga .

7. Późna godzina tego wpisu (6 rano to nigdy nie jest wcześnie. To jest późno. To nie jest też rano - to jest wieczór) wynika z tego, że przeglądałam tego bloga (nie rurzowego bloga , tylko tego) całą noc i czytałam komentarze. Wniosek z tego punktu -> w punkcie 8.

8. Jesteście absolutnie najgenialniejszymi czytelnikami jakich blogi widziały i strasznie Wam dziękuję za wszystko, co mi napisaliście. Jednocześnie przepraszam, że sporo pytań zadanych w komentarzach po prostu przegapiłam lub zapomniałam na nie odpisać.

9. Tak, podlizuję się Wam teraz, ale mnie o szóstej rano często dopada sentymentalny nastrój.

10. Blog na rurzowo . Tak dla zasady.

06:19, segritta
Link Komentarze (13) »
niedziela, 04 lutego 2007
Pierwszy dzień w Polandii

Ja wiedziałam, po prostu WIEDZIAŁAM, że wyjście na winko w zieloną noc nie skończy się o północy. A mówiłam mojej sublokatorce, że ja jestem spioch i jak się nie wyśpię, to potem nie wstanę, choćby tysiąc budzików dzwoniło. Ale ona mówiła, że mnie obudzi o ósmej. To musiała być ósma, bo z domu musiałyśmy wyjść o dziewiątej, żeby mieć godzinę na dojazd metrem, pociągiem i busem na terminal lotniska CDG. Lot był o dwunastej.

Szlajaliśmy sie po knajpach, ja się upiłam, sublokatorka się upiła - no i wszyscy mi mówili, że spokojnie zdążę na samolot. Do akademika wróciliśmy po szóstej rano. Postanowiłam się przekimać dwie godziny. Obudziłam się fuksem o 10. Krzykiem obudziłam moją sublokatorkę. Jak szalone pędziłyśmy na lotnisko i w końcu dotarłyśmy tam o wpół do dwunastej.

Zdążyłam.

W Warszawie bym nie zdążyła, bo u nas są wieczne kolejki na lotnisku. Na szczęście tam było pusto.

(tu ominę nudną część, jak to mnie ucho rozbolało w samolocie, jak fajnie było zobaczyć z góry śnieg na polskich polach, jak miło było wylądować w Warszawie i odbierać walizki z nowego terminala, jak fajnie się wracało do domu samochodem, jak serdecznie mnie olał mój kot Mistrz Reiki, jak ciepła była woda w czystej wannie i jak miękkie było własne łóżko)

Rano obudziła mnie piosenka w radio:
"Powiedz gdzieeee, powiedz gdzie, powiedz gdzie - jest punkt Gie"
Jak miło. Jestem w kraju, gdzie faceci naprawdę przejmują się kobiecymi strefami erogennymi.

Potem było:
"Żałuję, że Cię znałam. O ho. Żałuję, że ufałam o hoooou".
Jak miło. Jestem w kraju, gdzie kobiety nie umieją sobie radzić z facetami i publicznie się do swojej cipowatości przyznają.  

Cały dzień spotykałam się z przyjaciółmi. A wieczorem odkryłam, że powstały w Warszawie nowe lans-miejsca. M.in. Bedroom, gdzie wjazd kosztuje 30 zł, w środku nie ma ludzi, za to jest ładny wystrój i można posłuchać kijowej muzyki. 

Całe szczęście, że potem poszliśmy do pewnego miejsca, którego nazwy nie zdradzę, bo nie chcę, żeby zrobiło się sławne i żeby ceny poszły w górę. Grunt, że jest to knajpa otwarta 24h na dobę i serwują tam przeprzeprzepyszne polskie jadło za 4 lub 8 złotych. No dobra. zdradzę nazwę, bo to ma sporo wspólnego z francuskim. Bistro "a la fourchette" czyli "na widelec" - stąd ceny widelcowe, czyli 4 lub 2x4. Polecam tatara. :)

 

Do kraju tego, gdzie śledzie jeść można przez uszanowanie dla darów Nieba - tęskno mi było, Panie.
Do kraju tego, gdzie faceci mają tak za tak, nie za nie, bez światłocienia - tęskno mi było, Panie.
Do kraju tego, gdzie wszystko tanie - tęskno mi było, Panie.

03:27, segritta
Link Komentarze (24) »
czwartek, 01 lutego 2007
Radosny powrót do IV RP

Dziś zielona noc. Paryscy przyjaciele dzwonią od rana. Mimo wcześniejszych obietnic, że dadzą mi się wyspać, zapowiada się intensywny wieczór. Myślami jestem już w Warszawie, którą kocham całym sercem i którą zobaczę juz jutro.

Ciekawa jestem, co się zmieniło..

Przez cały pobyt we Francji starałam się nie interesować polską polityką, ale to dość istotne, do której RP wracam. Jeśli ktoś mnie ocenzuruje za to, że ZJADŁAM WCZORAJ PIECZONĄ KACZKĘ (i była niedobra), zastanowię się, czy jednak nie zamieszkać gdzieś w prowansji albo Montpellier...

Na pewno jednak nie wrócę do Paryża. Ta dziura jest fajna na weekend, ale nie na stałe.

Szykuję notke podsumowującą mój pobyt we Francji. Niedługo się tu pojawi. Tymczasem trzymajciekciuki za moj samolot, bo nienawidzę podróży. Wczoraj mi się śniło, że jechałam gdzieś TGV i był wypadek.

Br. Mam nadzieję, że nie zaśpię rano.

19:28, segritta
Link Komentarze (14) »
wtorek, 30 stycznia 2007
szukanie mieszkania - UPDATE

Zdaję Wam raport, jak to sie potoczyło.

Otóż - do mojego pokoju, w ktorym mieszkałam dotąd z inną dziewczyną, miała wprowadzić się nowa dziewczyna. Ja jednak umówiłam się wcześniej ze starą współlokatorką, że zostawię u niej trochę rzeczy w torbach i przyjadę po nie na wiosnę (całego życia i zakupów paryskich nie zmieściłabym w 20-kilowej walizce do samolotu). 

Podczas wyprowadzania się, które opisałam pokrótce w poprzedniej notce, spakowałam wiekszość rzeczy i przeniosłam je na stronę mojej współlokatorki. I tak nie miałabym co z nimi teraz zrobić i planowałam wyjść z akademika z sama torebka i podstawowymi dokumentami - a później, z czyjąś pomocą przenieść je do nowego miejsca tymczasowego zamieszkania (którego oczywiście jeszcze nie znałam).

Posprzątałam więc pokój, zwolniłam łóżko, biurko i kilka mebelków, które znalazłam wcześniej w Paryżu (wcześniej w pokoju praktycznie mebli nie było). Zeszłam na dół do recepcji, żeby zawołac sprzątaczkę, która sprawdzi pokój.  Wchodzimy do środka, sprzątaczka przygląda się każdemu pyłkowi kurzu na ścianie po czym jej wzrok pada na szafkę przy łóżku.

- A to co?
- A to szafka.
- Twoja?
- Tak, była moja, ale przecież nie będę jej zabierać do Polski. Zostawiam ją nowej lokatorce.
- Nie. Wyrzuć ją.
- Ale jest czysta, pusta i może się przydac.
- Używałaś jej?
- Tak.
- To ją wyrzuć - sprzątaczka zaczęła kopać szafkę w moją stronę.
- Przepraszam, ale nie uważa pani, że ta nowa dziewczyna może potrzebować miejsca na swoje rzeczy? Jeśli sie jej nie będzie podobała, to ją przecież wyrzuci - albo sama ją wyrzucę.
- Nie, wyrzuć szafkę. - Sprzątaczka kopnęła ją z takim impetem, że wypadła jedna szuflada. - A to co? - spytała, przenosząc wzrok na moją walizkę.
- A to walizka.
- Twoja?
- Tak. Jak Pani widzi, jest po stronie pokoju mojej współlokatorki, która zgodziła się ją przechować.
- Trzeba ją wynieść.
- Ale ona się zgodzi...
- Wynieść!  

No i jak ja mam dyskutować z takim ciemnogrodem?

Zeszłam po inspekcji, wyrzuceniu szafek (inne też kazali mi wynieść) i otrzymaniu papierka do recepcji, oddać klucz i odebrać kaucję w wysokości 200 Euro. No i głupia byłam, bo powiedziałam o tej walizce i o tym, że koleżanka zgodziła się ją przechować. 

- Kaucji nie oddamy. Musisz wyjść z walizkami.
- Czy walizki są w stanie zdewastować pokój w jakiś sposób, że chcecie, bym zostawiała za nie kaucję? Przecież oddałam klucz i jeśli tu wrócę, to tylko z moją starą współlokatorką.
- Nie ważne. Walizka jest w pokoju, więc kaucji nie dostaniesz.

No i wyszłam z budynku. Zimno w cholerę. Koleżanka współlokatorka w pracy do wieczora. Ja sama, bez kasy i bez zielonego pojęcia, gdzie będę spać. Pierwsza myśl - muszę się napić. Idę do baru, gdzie byłam wcześniej kilka razy i mówię:

- Jestem od dziś SDF (Sans Domicile Fixe - Bezdomna). Nie mam kasy. Kaucję dostanę za parę dni. Czy mogę się napić na kredyt?
- Jasne.

No, pomyślałam, pierwszy sukces dziś. :) Przebimbałam w tej knajpie pół dnia a gdy moja sublokatorka skończyła pracę, wróciłam z nią do akademika. A nuż ta nowa nie okaże się wiedźmą i pozwoli mi spać na materacu.

Nie okazała się wiedźmą.

Właśnie śpi obok. Ja szykuję się do snu. Może jakoś to będzie. Byle do piatku :) 

01:21, segritta
Link Komentarze (17) »
poniedziałek, 29 stycznia 2007
AAAAAAAAAA!aaaaaaaaaa!!!!!

Wyrzucają mnie z mieszkania!

Miałam wracać do Polski w piątek. Dziś jest poniedziałek. Administracja akademika powiedziała mi nieoficjalnie, że spokojnie mogę zwolnić pokój w dniu wyjazdu.  

Godzinę temu weszli mi do pokoju i powiedzieli, że mam go zwolnić przed czternastą. Jest 13.05

Pakuję się jak szalona, ale jak mam spakować się CAŁA do tego czasu???? I co ja ze sobą zrobię???

AAAAA!!!! 

13:08, segritta
Link Komentarze (9) »
piątek, 26 stycznia 2007
Nadgorliwość

To się obśmiałam...

Pamiętacie, kiedy w Paryżu padał "śnieg" i jak to wyglądało? Potem nie padał. Nie ma ani śniegu, ani deszczu, ani mrozu i jest sucho jak cholera.

A oni dziś wysypali na chodniki sól.

Drogowcy zaskoczyli zimę - tym razem. :) 

18:00, segritta
Link Komentarze (8) »
czwartek, 25 stycznia 2007
Źle, Źle zawsze i wszędzie.

Ostatni wpis był pesymistyczny. To nie przeszło.
Większość z Was pomyślała, że mój smutek wynika ze stresu sesyjnego. Nieprawda.

Ja po prostu doszłam do wniosku, że zostanę starą panną, bo z tego motłochu facetów, który mnie otacza, nie jestem w stanie wyodrębnić ani jednej osoby, w której mogłabym się zakochać. Chodzę po Paryżu juz kilka ładnych miesięcy i co?

Albo brudas jakiś niezadbany, ubierający się w ciuchy swojego wujka Zenka.
Albo wariat, który na pytanie, co robi, mówi, że "uprawia sztukę".
Albo jakiś cipciuś, który farbuje włosy i nosi obcisłe koszulki.

Albo luzaczek z włosami na żel i spoconymi łapami.
Albo szczeniaczek, któremu się wydaje, że w wieku 20 lat może być dojrzały.
Albo facet w wieku mojego ojca, któremu się wydaje, że laski nie lecą na jego kasę.
Albo długowłosy fabio, którego mózg wyszedł z domu i nie wrócił.

Posucha no, drogie Panie, posucha.

W desperacji naszła mnie nawet myśl, że coś jest ze mną nie tak. Może ja mam za wysokie wymagania? Może mnie po prostu interesuje sam seks? A może po prostu jestem do dupy i nikt mnie nie chce a ja sobie wmawiam, że to ja nikogo nie chcę?
Ta ostatnia myśl była tak głupia, że oprzytomniałam i wróciłam do zwalania winy na fecetów.

Ale nie tylko faceci mnie dobijają. Dobija mnie też:

widok z okna korytarz w moim akademiku

Oraz to, co widzę w najnowszym "Vogue":

Scarlett Johansson

 

Scarlett Johansson, która jest jedną z brzydszych kobiet, jakie w życiu widziałam, została jeszcze bardziej oszpecona przez fotografa pracującego dla Louisa Vuittona. Sądziłam, że to niemożliwe. Ja jej źle nie życzę. Fajnie, że ma normalne ciało i fajnie, że jako tako umie grać, ale czy naprawdę muszą mi pokazywać tę kupę na zdjęciach?

buty z vogue


Do mody wchodzi nowy typ buta. To tak zwany but dla
powodzian
- czyli na koturnie (żeby palców nie zamoczyć w metrowej wodzie) i plastikowy (żeby się nie psuły od grzyba). Właściwie to to nic nowego. Ot, połączenie najgorszych cech z ostatnich trendów (grube podeszwy po koturnach, plastik po kaloszach i wysokie ryzyko zastania wzięcia za kurwę po Anecie K.).
kolczuga

 

Rozkłada mnie na łopatki tendencja ubierania się w zbroje, która zdominowała aktualną modę. Ile można wałkować temat złota, srebra i żelaza? Niedawno było na legginsach i baletkach - teraz trzeba coś takiego nosić na skórze. Która chętna do założenia tej sukienki?

coś


No i na koniec coś, co mnie zbiło z tropu. To jest człowiek, to coś? Nie dość, że ma mordę faceta jak Hilary Swank, to jeszcze ma ciało kosmity. Czy jest wśród moich czytelników jakiś facet, który by to coś chciał bzyknąć?

Do tego wszystkiego dochodzi fakt, który właśnie sprawił, że zaczynam poważnie wątpić we własne siły. Otóż mój blog nie pojawił się w żadnej kategorii rankingu blogów 2006.

Czy to oznacza, że mój blog jest niszowy? Nie.. Na pewno się pomylili. A jeśli nawet się nie pomylili, to są gupi i wogle. I nie znajom się. Bo pszecież mój blogasek jest normalnie zajefajny.

Tak się zwykle tłumaczą cieniasy, którzy nie potrafią pogodzić się z prawdą. A prawda jest jak zwykle - smutna: po prostu jestem słaba i już. Co Wy tu jeszcze robicie? :)

21:13, segritta
Link Komentarze (34) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10
| < Wrzesień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
Spis notek
Segritta